Trzy słowa, które dla wielu brzmią jak hasła z plakatu w szatni siłowni.
Dla mnie — to cały proces, który sprawia, że wciąż tam wracam. Nie zawsze tak często jak bym chciał. Ale wracam. Padam. Powstaje. Wracam.
Motywacja zawsze jest początkiem.
Czasem pojawia się rano, kiedy patrzę w lustro i mówię sobie: Dziś robimy coś dla siebie.
Czasem przychodzi znikąd — gdy widzę efekty swojej pracy, czuję większą energię albo po prostu chcę oderwać się od codziennych spraw.
To motywacja popycha mnie w drzwi siłowni, nawet wtedy, kiedy jedyne, czego pragnę, to kanapa, laptop i słuchawki.
Ale prawda jest taka, że motywacja to tylko iskra.
Jej płomień gaśnie szybciej, niż byśmy chcieli.
I tu właśnie wchodzi ona — konsekwencja.
To konsekwencja trzyma mnie na orbitreku, kiedy zaczynam wątpić.
To konsekwencja każe zrobić ostatnie kroki, nawet gdy mięśnie drżą.
To ona mówi: Zrobiłeś to wczoraj, zrobisz i dziś.
Bo to nie jest o tym, czy mi się chce.
To jest o tym, czy wiem, po co to robię.
A kiedy już przejdę tę drogę — od pierwszej myśli, przez pot, zmęczenie i chwilę walki ze sobą — przychodzi endorfina.
Ten mały, wewnętrzny fajerwerk, który sprawia, że wszystko nabiera sensu.
To uczucie lekkości, satysfakcji, wewnętrznego spokoju.
To moment, w którym uśmiech pojawia się sam, zanim jeszcze wyjdę z siłowni.
I właśnie dla tej endorfiny wracam tam znowu.
Nie dla ciężarów.
Nie dla liczb.
Nie dla zdjęć w lustrze.
Wracam, bo ten proces uczy mnie wytrwałości, daje mi energię i przypomina, że niezależnie od tego, jaki był dzień — mogę zrobić coś dobrego dla siebie.
Motywacja zaczyna.
Konsekwencja prowadzi.
Endorfina nagradza.
A siłownia?
To tylko miejsce, w którym to wszystko się spotyka.
Nie zawsze, ale czasem udaje mi się to przenieść na swoje życie.
Na tą codzienność.
Z różnym skutkiem.