Co mnie stresuje podczas redukcji

Co mnie stresuje podczas redukcji

No dobra. To będzie wylewanie z siebie. Ale tak trzeba. Czasem trzeba dać ujść emocjom, ciśnieniu — inaczej to eksploduje w najmniej spodziewanym momencie — a znając siebie, będzie to najmniej odpowiedni na to moment.

Co mnie stresuje podczas redukcji?
Oj jest parę rzeczy.
I mimo tego, że staram się trzymać w ryzach, to czasem kosztuje mnie to za dużo nerwów, niepotrzebnego stresu czy mówiąc po ludzku — męczy mnie to bardzo. I co gorsza — nie pomaga mi to w niczym.
A nie zawsze jest możliwość odcięcia się, wyłączenia na daną sytuację. Emocje pozostają.

A czasem naprawdę poważnie się zastanawiam czy nie rzucić tego wszystkiego w przysłowiowe 3.1415 i nie wyjechać w Bieszczady (no może nie dosłownie — ale taka metafora).

Jedzenie.
Wszystko fajnie jak stoisz w kuchni i robisz coś do zdrowego do jedzenia — a obok Ciebie wjeżdża pizza, kebab, burger czy chińczyk. I całe to stanie przy garach można o kant d**y potłuc.
Kolejna rzecz — robisz coś z założeniem, że jest tego więcej i można będzie następnego dnia zabrać do pracy czy zostanie na obiad — a się okazuje, że jednak nie — nie pasuje to i zostajesz z całą górą jedzenia, jakie trzeba zjeść, bo szkoda, aby się zmarnowało.

Picie.
To nie jest problem. Tu udało mi się, znajdując fajne zamienniki rzeczy alkoholowych — piwo Corona „0” oraz w takiej samej wersji Capitan Morgan.

Przekąski.
Znowu w domu jest tego pełno — jak nie jakieś ciastka, to czekolada. Jak nie drażetki to inne orzeszki czy czipsy. I aby to było, jako powiedzmy sobie, dodatek — to może bym jeszcze jakoś to olał. Ale nie. To potrafi być jako podstawa. O takich rzeczach jak warzywa, owoce to można zapomnieć — nie ma.

Wsparcie.
I tu jest to temat rzeka. Wszystko zależy co i kto jak rozumie.
Dla kogoś wsparcie oznacza — że się nie wpierdziela i zostawia wolną rękę w danej kwestii. A to w sumie z mojego doświadczenia nie jest dobre.
Dla mnie wsparcie to jest niekoniecznie wspólne chodzenie na treningi na siłownię — choć nie mowie, że byłoby to fajne. Tu widziałbym nawet wspólne wychodzenie z domu — a tego jest bardzo mało. A w zasadzie nie ma. To będzie bliższe prawdy.
Ale dużym wsparciem byłoby np. wspólne robienie jedzenia, albo co też jest fajna rzecz — jedzenie tego co robię. A tak mam wrażenie, że gotuje do bani — choć wiem ze tak nie jest — zasłyszane z opinii innych co próbowali tego co upichciłem. Zamiast tego jest zamawianie jedzenia. I jak mam się z tym czuć?

Na koniec może prozaiczna rzecz — ale podział domowych obowiązków. Ktoś mnie kiedyś zapytał: czy przypadkiem nadal nie jestem kawalerem — bo to tak wygląda.


I to by było na tyle.
Przynajmniej na teraz.