Są takie sytuacje kiedy pomoc rodziny czy przyjaciół nie wystarcza.
Przekopałem internet, Googla, chat GPT (czy tam inną sztuczną inteligencję), YouTube z różnymi kanałami i gdzieś w tym wszystkim się zamuliłem. Nie do końca umiem dopasować to co mam z samoobserwacji z tym co mam w internecie.
I trzeba sięgnąć po pomoc zewnętrzną.
No ale przecież jak to — facet nie poprosi o pomoc. Jest na to za dumny.
I ja tutaj nie jestem jakimś wyjątkiem — nie umiem prosić o pomoc.
Patrząc z perspektywy czasu, chyba doszedłem do ściany.
Czemu?
Bo staram się w miarę trzymać w ryzach to, co jem. Wysypiam się. Pije odpowiednią (tak mi się wydaje) ilość wody (płynów będąc precyzyjnym). Aktywność tez wprowadziłem w większym zakresie niż miałem do tej pory — po prostu więcej się ruszam (nie mowie o treningach).
I co?
I nic.
Ta cholerna waga stoi w miejscu.
W poprzedniej redukcji też miałem takie „zastoje” – że dobrze żarło i zdechło.
I tu przyszedł niespodziewany kop w dupę. Od kogo? No jak by nie patrzeć od przyjaciela. Fakt, że była taka rozmowa i gdzieś już od jakiegoś czasu myślałem nad tym (link do odpowiedniego wpisu).
Dziś było moje pierwsze zderzenie — osobiste — z dietetykiem.
Nie byłem negatywnie nastawiony — raczej poszedłem z zainteresowaniem.
Było dużo ciekawiej, niż się spodziewałem.
Wrażenia są jak najbardziej pozytywne.
Aktualnie jestem po wywiadzie „środowiskowym”.
I powiem szczerze — nie jest dobrze.
Mimo tego, że mam jaką świadomość siebie. Mimo że teoretycznie wiem, co i jak robić. Mimo że wprowadzam te wszystkie prawidłowe zasady w życie. A mimo to — klapa. Tak, wiem — było o tym chwilę wyżej. Dobija mnie ta świadomość — że tak długo nie miałem o tym rzeczywistego obrazu.
Patrząc z boku na to, o czym rozmawialiśmy — to czeka mnie ogrom pracy i wyrzeczeń.
Czas przeprosić się z pewnymi rzeczami. Wyjść ze strefy komfortu.
I zapierdzielać.
Samo się nie zrobi.