Cytując klasyka: Alpy! Ach! Tu się oddycha!. Tylko czy w Warszawie tak można powiedzieć? Może poza centrum. Gdzieś dalej. Dziś byliśmy w Warszawie. Nie zdjęciowo. Bardziej z potrzeby ogarnięcia paru tematów, jakich nie daliśmy rady załatwić wcześniej.
Po dzisiejszej wizycie mam kilka przemyśleń.
Takich gdzie wracałem pamięcią do tego, jak mieszkaliśmy w Warszawie kilkanaście lat temu.
Komunikacja
Jak dla mnie — najlepsza rzecz, jaka jest. Jeden bilet (dobowy kosztuje 15 zł dzisiaj i daje pełne 24h przemieszczania się). Na takim można jeździć autobusami, tramwajami, metrem, jak i jeśli dobrze pamiętam — WKD — w granicach 1 strefy.
Choć dziś nie wsiedliśmy do niej — to pamiętam z naszych poprzednich wizyt.
Wiele osób może narzekać na nią — i pewnie będą mieli sporo racji. Jednak dla nas — zaspokajała nasze potrzeby komunikacyjne aż nadto.
Rozkopane chodniki i ulice / Brak bądź słabe oznaczenia
W zasadzie można powiedzieć, że w wielu miejscach coś się dzieje. Tu chodnik, tam elewacja, gdzieś indziej remont lokalu. Ogólnie: Grzebiemy, mamy wszystko rozgrzebane.
Oznakowanie to osobna część tej zabawy. Raz jest, raz nie ma. Są miejsca, gdzie trzeba się zastanawiać, co autor miał na myśli. Bo z logiką to nie ma nic wspólnego.
I nie tylko tyczy się to chodników. Z drogami jest podobnie.
Wszędzie pospiech
Niby wiedziałem o tym, bo mieszkaliśmy tu jakiś czas. Jednak teraz widać to było bardzo wyraźnie. Pospiech. Wszędzie. Nie tylko na chodnikach gdzie ludzie, może nie biegali, a poruszali się dość szybko. To na rowerzystów czy hulajnogi elektryczne — trzeba było się dobrze orientować.
Stojąc na przejściu w oczekiwaniu na zielone światło, miałem okazję obserwować kierowców. I ich popisy. Zarówno znaki, jak i kolor na sygnalizatorze — to dla nich tylko sugestia, a nie przepis. O prędkości można napisać książkę. Tak jak by wszędzie byli już spóźnieni.
KorpoSzczurki
Pracowałem sam kiedyś w korpo. Chyba jednak udało mi się ominąć ten proces zostania korpo szczurkiem. Idąc chodnikiem, z daleka można powiedzieć, że takich mężczyzn (bardziej są widoczni), jak i kobiet (tych widać zdecydowanie mniej), że ten „gatunek” nie jest na wymarciu. Wszędzie ich widać. Nawet w pociągu.
Hałas
Warszawa to mimo wszystko duże miasto. Krzyżuje się tutaj wiele dróg komunikacyjnych — autobusy, tramwaje, metro, pociągi podmiejskie czy dalekobieżne, jak i samoloty. Do tego dochodzi duża ilość samochodów. I ogromna ilość ludzi.
Wszystko to naraz powoduje, że idąc chodnikiem przy większości ulic, a tym bardziej w centrum, można zderzyć się dosłownie ze ścianą hałasu.
Stąd nie dziwi mnie już ilość osób ze słuchawkami w uszach bądź na nich.
Brud
Konsekwencja tego, co wyżej — pojawia się brud. Warszawa od zawsze jak pamiętam, nigdy nie należała w mojej ocenie do czystych miast. Zwłaszcza centrum. Miejsce, gdzie przewija się ogromną ilość ludzi. Śmieci są wszędzie. I co gorsza — są kosze na śmieci, nie powiem, że na każdym kroku — jednak jest ich sporo. Co nie zmienia fakt, że śmieci można zobaczyć praktycznie wszędzie. Nie jest to jeszcze wysypisko śmieci.
Chodnik vs dostawcy jedzenia
Jeśli w Gdańsku jeszcze jest jakaś nadzieja na to, że na chodniku nie zostanę rozjechany przez takiego dostawcę, to w Warszawie … No cóż. Mam wrażenie, że dla nich chodnik to jest kolejny pas ruchu ulicy. Rozwijane prędkości, jak i sposób jazdy daje wiele do życzenia.
Tak samo, jak znaki czy kolor sygnalizacji. Tutaj to mam wrażenie, że nie tylko sugestia ale wręcz coś, co przeszkadza.
Na każdym rogu — apteka bądź jedzenie
Kiedyś tak było z placówkami banków. Teraz apteka bądź coś z jedzeniem. I „Żabki”. Tego jest od groma. Swojego czasu powstała nowa miara odległości — jestem trzy „Żabki” od Ciebie.
A samo jedzenie — do wyboru do koloru. Kiedyś były budki z zapiekankami i hot-dogami. I chińszczyzna. Teraz ewoluowało to w każdą możliwą stronę — kuchnia tajska, chińska, hinduska czy jeszcze inna. Między nimi gruzińskie wypieki, nasze pierogi czy po prostu bary mleczne. I kebab. Ten można powiedzieć, że wiedzie prym.
Zakładając, że nie jem nic przed wyjściem z domu i np. z Dworca Centralnego idę do CH Arkadia (pieszo), to przez pierwszą powiedzmy połowę drogi, będę non stop atakowany zapachami, szyldami, neonami, ulotkami różnej maści knajp czy budek.
A jeśli nie mam ochoty na nic z tych rzeczy tylko coś na słodko — też nie będzie z tym problemu. Małych lokali z wyrobami cukierniczymi dużych czy małych piekarni — jest od groma.
Ludzie
Wspominałem o nich wyżej. Teraz w kontekście przemieszczania się. Z racji, że tym razem nasz pobyt odbywał się pieszo — nie komunikacją, mieliśmy okazję, zobaczyć jak to wygląda — na żywo. Nie zza szyby samochodu, nie zza szyby tramwaju czy autobusu.
Większość z tych, co mijaliśmy — bezosobowa. Tacy nijacy tacy.
Część zaaferowana swoimi sprawami, jednak umiejącymi mieć podzielną uwagę i poruszać się chodnikiem tak, żeby nie potracić kogoś.
Część skupiona na sobie, do tego stopnia — że idąc, nie patrząc na nic. Ani na światła, ani innych. Coś jak tak zwane święte krowy.
Moda ubiór, włosy.
Przy tak dużej ilości osób mijanych na chodnikach zauważyłem bardzo duży rozrzut w ubiorze. Z jednej strony ludzie ubrani stosownie do pogody. A z drugiej no cóż. Mimo że chłodno — to klapki, krótkie spodenki, koszulka z krótkim rękawkiem albo dżinsy, kozaki, kurtka puchowa.
Z włosami podobnie. Nie chodzi o długość, objętość czy coś, co jest naturalne. Tu chodzi o coś innego. W ciągu kilku godzin miałem okazje zobaczyć jak bardzo różnorodne kombinacje, stylizacje.
I kolorystyka. Tutaj czasem zdarzały się dziwne (jaskrawo zielone). Jednak mimo tych skrajności, były kolory, jakie mi się podobały.
Mimo że duża część mijanych ludzi wyglądała na zadbanych (tu nie wnikam w zasobność portfela) to w tym wszystkim trafiali się ludzie wyglądający jak menelu czy też żule. Tak wyglądali z większej odległości. Choć im bliżej, tym coś w tym obrazie przestawało pasować. Przestawało grać. Przestawało się spinać. Bo ubrania były może i pomięte, a jednak czyste. Bo człowiek w nie ubrany wyglądał na zaniedbanego, to jednak nie czuć było żadnego przykrego zapachu.
Szare życie
Chodząc po mieście (przeszliśmy blisko 9 km po ulicach Warszawy) to patrząc na to wszystko, co widzieliśmy, mam wrażenie — że to wszystko składa się na szare życie.
Może to kombinacja tych wszystkich ludzi, hałasu, brudu.
Obraz był dopełniony szarymi klockami. Klockami czyli blokami mieszkalnymi.
Praktycznie wszystkie, jakie mijaliśmy były … szare. Albo innego koloru, tylko teraz były szare z brudu, zacieków.
Pamiętam taką Warszawę.
