Zaplanowaliśmy krótki urlop. Nawet bardzo krótki.
To wynikało z faktu, że Karolina nie była w stanie zrobić go dłuższego.
Taki planujemy na jesieni.
Przeglądając kamery — od tego się ostatnio u mnie zaczyna planowanie wyjazdu — trafiłem na termy w Bukowinie.
https://bukowina-termy.webcamera.pl/
I jak to u nas bywa — szybka decyzja — jedziemy.
Wyjazd zaczęliśmy jeszcze w Gdańsku — od zakupów.
Czemu?
Bo tam, gdzie kończy się magia zaczyna się prognoz pogody.
Bo zaplanowałem sobie, że zrobimy wycieczkę, spacer na Morskie Oko.
Planując ją wiedziałem, że góry — jakie by one nie były — są nieprzewidywalne.
Że pogoda może się zmieniać dosłownie w jednej chwili.
Drogą kupna nabyliśmy:
– buty trekingowe
– kurtki
– bieliznę termoaktywną
Chcieliśmy być przygotowani na tyle, o ile możemy się przygotować.
A raczej na tyle, o ile umiemy czytać prognozę pogody.
A ta zapowiadała dość chłodną i nawet deszczową pogodę.
A jak wyszło?
W dalszej części 😉
Dzień 1 – Warszawa
Wyjazd w góry zaczęliśmy od wizyty w Warszawie.
W sumie to dałbym radę bez problemu dojechać do Bukowiny z Gdańska.
Jednak to jest kawałek trasy (od 705 do 765 km — w zależności od wybranego wariantu).
Wybór padł na stację pośrednią — zatrzymamy się w Warszawie i wykorzystamy ten czas na spotkanie, jakie Karolina miała w planach.
Dojazd do Warszawy — lekki korek, jednak meldujemy się na miejscu i idziemy coś zjeść.
Po jedzeniu — zrobiliśmy coś na mega spontanie.
Zakupy.
I to nie takie tam drobne.
Czasem muszę uważać co przy mojej żonie mówię — bo skończyło się wizytą w Nikon Plaza (firmy salon Nikon Polska), z jakiego wyszliśmy z nowymi zabawkami dla mnie.
Po powrocie do naszego lokum okazało się, że nie wszystko to, co mam ze sobą ze sprzętu fotograficznego współpracuje z tym, co kupiliśmy — wiec szybki telefon do salonu z pytaniem, czy mają to, co mnie interesuje.
I tak mają — wiec plan na następny dzień już się nam klarował.
Wieczorem szybkie przepakowanie rzeczy, przygotowanie się do wyjazdu, aby nie tracić czasu i poszliśmy spać.
Dzień 2 – Warszawa i droga do Bukowiny
Po śniadaniu spacer do Złotych Tarasów do salonu Nikona.
Dokupiliśmy brakujące rzeczy i wróciliśmy na kwaterę.
Spakowaliśmy rzeczy do samochodu, wymeldowaliśmy się i korzystając z bliskości Łazienek poszliśmy na wiewiórki.
Wizyta w Warszawie bez wiewiórek — to nie wizyta.
Testy nowych nabytków przeszły najśmielsze oczekiwania.
Poniżej to, co uchwyciłem.
Kolejnym krokiem była wizyta w CH Arkadia.
Tam drobne zakupy i czas na obiad.
Po wszystkim obraliśmy już kierunek na południe.
Cel — Bukowina Tatrzańska.
Droga w większości przebiegała tak, że albo burza goniła nas, albo myśmy gonili burzę.
Na miejsce docelowym jesteśmy około 20:30.
Kolacja przyniesiona do pokoju smakuje świetnie.
Jednak po całym dniu wrażeń — poszliśmy do strefy basenowej.
I to było to co nas kupiło w tym miejscu.
Bardzo duża strefa.
I wszędzie ciepła woda.
Czy to basen wewnętrzny, czy zewnętrzny, czy jacuzzi.
Wszędzie woda miała 36 stopni.
Siedzieliśmy aż do samego zamknięcia.
Po powrocie do pokoju przygotowaliśmy wszystkie rzezy na kolejny dzień.
Nastawiliśmy budziki i poszliśmy spać.
Dzień 3 – Morskie Oko
Obudziłem się przed budzikiem. Jakoś zawsze tak mam, że budzę się przed nim. Zwłaszcza przed jakimiś akcjami typu wyjazd, wycieczka, coś w tym stylu.
Na śniadanie zeszliśmy na 7:30 z nadzieją, że będzie pusto.
No i się zdziwiliśmy.
Na ten sam pomysł wpadło dość sporo osób.
Mimo tego udało się nam jednak spokojnie zjeść bardzo dobre śniadanie.
Wróciliśmy do pokoju, przebraliśmy się, spakowaliśmy się i ruszyliśmy autem na parking przy Palenicy Białczańskiej.
Na parkingu meldujemy się o 9 rano.
Parking w 2/3 pusty. Sądziliśmy, że będzie bardzo dużo miejsc zajętych.
A tu zaskoczenie. Bo nie.
Może dlatego, że był to piątek?
Może dlatego, że pogoda nie była za specjalna?
Dywagując nad tym szybka zmiana butów na trekingowe, plecaki na ramiona i poszliśmy przejść przez bramki.
Wcześniejszy zakup biletów do TPN pozwolił nam ominąć kolejkę — w sumie całe może 10-12 osób stało do kasy.
Po przejściu bramek rozpoczęliśmy naszą pieszą wędrówkę do Morskiego Oka.
Blisko 20 lat temu byliśmy tutaj z Piotrkiem i Marzeną.
I coś tam z tego wypadu jeszcze pamiętałem.
Jednak nasze zaskoczenie było duże bo droga wyglądała jak autostrada.
Równa, bez kamieni, szutrów, korzeni czy tego typu różnych atrakcji.
Szliśmy swoim tempem. Nie spieszyliśmy się. Wiedzieliśmy, o której musimy być na dole, aby zdążyć, dojechać do hotelu na kolacje. I to była jedyna nasza granica na ten dzień.
Co jakiś czas sięgaliśmy po telefony, aby nagrać jakiś filmik, czy też zrobić zdjęcie (ab było od razu pod ręką) czy po aparat. Pogoda z początku była bardzo łaskawa — było chłodno, pochmurnie (co widać na zdjęciach) i nie padało.
Na początku.
Im wyżej, tym zdarzały się momenty, że coś z nieba spadło.
A to mżawka.
A to bardzo drobny deszcz.
Jednak na to byliśmy przygotowani — nasze kurtki, jak i buty zdały rewelacyjnie egzamin.
Po około 3 godzinach docieramy nad Morskie Oko.
I tu nasze ubranie przechodziło tak naprawdę chrzest. Zaczyna padać. Ale już nie tak jak wcześniej — tylko jest to regularny deszcz. Nie za mocno ale na tyle upierdliwy, że już nawet kaptury mieliśmy naciągnięte na głowy.
Co i tak nas nie uchroniło — ja miałem mokrą czapkę, Karolina włosy na głowie.
Za późno założyliśmy te kaptury.
Będąc pod schroniskiem — zeszliśmy nad samo Morskie Oko i odeszliśmy od tego całego tłumu w prawą stronę.
Po około 100 metrach Karolina znalazła miejsce, gdzie można było zejść prawie do samej wody i nie było nikogo.
Gwarantowało to nam chwile oddechu, prywatności i możliwości delektowania się pięknymi widokami.
Trochę to wszystko psuł nam deszcz, gdzie robiąc zdjęcia musieliśmy także uważać gdzie, na co i jak stajemy — aby sobie nie zrobić krzywdy.
Na wstępie zostaliśmy „opieprzeni” przez kaczkę — widać ktoś musiał ja karmić a my świadomie nic jej nie daliśmy.
Świadomie, bo nie dokarmiamy dzikich zwierząt.
Wiewiórki z Łazienek są „na półdzikie” i mimo dokarmiania (tylko orzechami) to potrafią fuknąć i iść sobie.
Spędzamy tutaj chwilę czasu na robieniu zdjęć, kręcąc filmy, robiąc sobie zdjęcia.
Wracając zatrzymujemy się jeszcze przed schroniskiem i robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć.
Po tym wszystkim rozpoczynamy zejść w dół.
Pogoda dalej nam nie jest łaskawa co czujemy już w dłoniach.
Mimo iż mamy je zimne i mokre to humory nam dopisują.
Droga w dół była dla nas już o tyle łatwiejsza, że wiedzieliśmy co jest za zakrętem. Sama trasę mieliśmy już podzieloną na etapy. I tak swoim tempem pokonywaliśmy kolejne etapy.
Jedynie w samej już końcówce trasy oznaki zmęczenia wykazywały nasze stopy.
Po blisko 7 godzinach — co nie jest jakimś wybitnym wynikiem mijamy szlaban stanowiący początek/koniec trasy na Morskie Oko. Po dojściu do samochodu szybka zmiana butów — co za ulga i ruszamy do hotelu.
Tutaj muszę wrócić na chwilę do naszego zejścia.
Podczas samego już schodzenia Karolina wpadła na pomysł co robić następnego dnia.
Pierwotny plan zakładał — że droga na Morskie Oko nas zmorduje do tego stopnia, że jedyne co będziemy chcieli robić to leżeć cały dzień w basenie. Rzeczywistość okazała się jednak dość łaskawa i, mimo iż czuliśmy w nogach te blisko 19 km (w obie strony wg AppleWatch) to mieliśmy jeszcze dość siły na to, aby coś innego zrobić, niż siedzieć i moczyć się w basenie.
Urodził się pomysł: wjeżdżamy kolejką na Kasprowy wierch i potem schodzimy w dół na nogach.
Mnie to się bardzo ten pomysł spodobał — jedynie co mnie ciekawiło to, jak to wygląda od strony organizacyjnej,
To zostawiliśmy sobie jak wrócimy do hotelu, aby podpytać w recepcji.
Po powrocie zapytaliśmy w recepcji jak to wygląda.
I tu nasze zapędy zostały ostudzone. Niestety.
Miły Pan w recepcji powiedział, że najlepiej jest kupować bilety online (sic, że na to wcześniej nie wpadłem) z wyprzedzeniem — bo dają tylko pulę 40 biletów na daną godzinę do sprzedaży online (i ona się bardzo szybko rozchodzi). A druga rzecz — aby rano zobaczyć widok z kamery na dolna stacje kolejki na Kasprowy Wierch. Jeśli będzie tam kolejka — to raczej sobie odpuścić — bo będzie to znaczyło, że w samej kolejce spędzimy od godziny (w najlepszym układzie) do nawet 2/ 2,5 godziny.
Podziękowaliśmy i poszliśmy do pokoju ogarnąć się i zejść na kolację.
Tak jak i śniadanie kolacja nas nie zawiodła. Z apetytem zjedliśmy to, co sami wybraliśmy z dostępnych dań.
Po kolacji zgodnie z planem wrodziliśmy do pokoju przebraliśmy się i poszliśmy na basen.
Przed wejściem na basen jest SPA. I Karolina stwierdziła, że chce iść na masaż. Po przejrzeniu i wybraniu odpowiedniej pozycji została kwestia ustalenia godziny. Wybór (trochę za moją namową) padł na 18 następnego dnia.
Jak już mieliśmy to wszystko ustalone — poszliśmy na basen.
W basenie zewnętrznym (jeszcze tym pod daszkiem) znaleźliśmy takie miejsce, gdzie się siedzi na metalowej konstrukcji a z niej lecą bąbelki powietrza. I jest to takie duże jacuzzi. Przesiedliliśmy tam blisko 2 godziny zmieniając sobie miejsca.
Po powrocie z basenu usiadłem do laptopa, aby zgrać zdjęcia z aparatu.
Po podłączaliśmy się do ładowarek, aby uzupełnić zapasy energii w zegarkach i telefonach.
Kładąc się spać sprawdziłem ilość kroków za dziś — blisko 32 tys.
I z tą myślą — że był to udany, dobrze wykorzystany dzień, poszliśmy spać.
Dzień 4 – Dolina Kościeliska
Podobnie jak wczoraj obudziłem się dość wcześnie. Karolina jeszcze dosypiała. A ja w tym czasie przeglądałem zdjęcia z Morskiego Oka. W sumie poranek to nic ciekawego — prysznic, ogarnąć się i iść na śniadanie.
A i sprawdziłem kamerę: https://kolej-kasprowy.webcamera.pl/
Widząc tam już dość sporą kolejkę o 7:30 nie widziałem sensu, aby podejmować ryzyko wycieczki w tamtą stronę.
Poszliśmy na śniadanie. Gdzieś między porcją jajecznicy (swoją drogą bardzo dobrej) a świeżym ciemnym pieczywem z wędlina Karolina rzuciła pomyśl, że jeśli nie Kasprowy Wierch to może Dolina Kościeliska?.
Nazwa jest mi znana, jednak nic więcej o tym miejscu nie widziałem.
Przy kawie zapadła decyzja — wracamy do pokoju i robimy rozeznanie jak ten temat ogarnąć. Czemu tak? Bo z laptopa zdecydowanie łatwiej mi się pewne rzeczy planuje.
W pokoju zasiadam do laptopa i sprawdzam gdzie to jest.
Okazuje się, że to jest dosłownie kawałek od nas.
Czas dojazdu? Mieści się w granicach około 45″ — biorąc pod uwagę, że musimy dojechać do Zakopanego, przejechać go, dojechać do miejscowości Kiry Kościelisko, znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu i wejść na szlak.
No to co?
Pakujemy się, zbieramy i jedziemy.
Tutaj nie musieliśmy brać ciepłych rzeczy — bo pogoda rano już była świetna. Słoneczko, nawet ciepło.
Można powiedzieć, wymarzona na spacer.
Droga tak jak myślałem i tak jak pokazywała mapa — trochę korka, trochę w miarę sprawnego przemieszczania się. Przy samym wejściu na szlak — lekkie spowolnienie — nie dramatyczne, tylko delikatne. Szybko znaleźliśmy miejsce do zaparkowania. Zmiana butów i idziemy w kierunku wejścia na szlak.
Zakup biletów online chwile zajmuje z racji problemów z siecią komórkową.
Po uporaniu się i pomyślnym przejściu weryfikacji — ruszamy szutrową szeroką aleją w kierunku doliny.
W zasadzie od samego początku idziemy Doliną Kościeliską. Kierujemy się w kierunku schroniska na Hali Ornak.
Całą drogę towarzyszył nam Potok Kościeliski. Raz jednej, raz z drugiej strony.
Początek drogi przez las, potem wyjście na dość otwartą część doliny.
Dopiero po około kilometrze, może nawet ponad dolina zaczyna się zwężać.
Zbocza pojawiają się coraz bliżej — można by powiedzieć, że na wyciągnięcie ręki.
W teorii powinniśmy dojść do schroniska.
Nie udaje się nam.
Brakło nam trochę czasu.
Dużo razy się zatrzymywaliśmy na zdjęcia, aby zobaczyć, to co nas interesuje.
I niestety też odezwała się mała kontuzja Karoliny, która nam trochę popsuła powrót.
Jednak główny powód to fakt, że musieliśmy wrócić na konkretną godzinę do hotelu — Karolina miała ustawiony masaż na daną godzinę.
Mimo wszystko — nie żałujemy — miejsce bardzo klimatyczne, fajne do chodzenia. Mimo dość sporej ilości turystów — bo pogoda dopisała i było bardzo przyjemnie — to dało się w miarę sprawnie poruszać.
Zdjęcia nie oddają do końca tego co widzieliśmy.
Wracamy do samochodu i udajemy się w drogę powrotną.
Zostawiając za sobą Tatry. Choć nie do końca. One towarzyszą nam przez cały czas.
Zatrzymujemy się jeszcze po drodze na małe zakupy.
W czasie kiedy Karolina idzie na masaż — ja wyciągam drona.
Zawczasu sprawdziłem, czy nie ma przeciwwskazań — brak strefy i wiatr.
Tutaj wszystko grało — choć bliskość TPN odgraniczała loty w kierunku Tatr.
Jednak coś się udało zrobić z samego drona i tak wygląda Bukowina Tatrzańska z lotu
Jednak cel lotów był inny — nie tylko sama Bukowina, ale Tatry. To, co widzieliśmy wczoraj i dziś z bliska.
Po powrocie do pokoju przez balkon zobaczyłem to, co widziałem z góry.
I na szybko jeszcze strzeliłem parę zdjęć z Nikona.
Nasyciwszy się robieniem zdjęc zszedlem na poziom 0 gdzie razem z Karolina poszlismy na kolacje.
Po kolacji, która po raz kolejny nas nie zawiodła, poszliśmy na basen.
I tak samo, jak dzień wcześniej ciepła woda i bąbelki pozwoliły na odprężenie się po całym dniu wrażeń.
Dzień kończymy mając ponad 20 tys. kroków w nogach.
Dzień 5 – Odwiedzamy znajomych i rodzinę
To już nasz ostatni dzień pobytu w tym miejscu.
Po śniadaniu zaczynamy się pakować.
Mieliśmy jeszcze zjechać do Zakopanego — jednak szybkie sprawdzenie mapy i korków skutecznie nas z tego wyleczyło. Wyszło nam, że zamiast cieszyć się zwiedzaniem, to będziemy się wkurzać na to, co jest na drodze.
Wybraliśmy za to inny plan.
Wracając z Bukowiny zajedziemy do naszych znajomych mieszkających pod Krakowem.
A że jest ku temu okazja — bo to około 2h jazdy z bukowiny i prawie po drodze — to, czemu nie?
Zwłaszcza że dawno się nie widzieliśmy.
Przez całą drogę do nich — góry można powiedzieć nas prześladowały.
Raz z jednej raz z drugiej strony — prawie cały czas były gdzieś widoczne.
Nel, Ewelina i Maciek ugościli nas ciastem z lodami i domowa lemoniada.
Po odpoczynku gdzie podczas rozmowy towarzyszyły nam ich psy i kot ruszyliśmy w dalszą drogę.
Celem ostatniego odcinka na dziś nie był nasz dom — Gdańsk, a mój rodzinny dom — Tomaszów Mazowiecki.
Odwiedziliśmy moją rodzinę i tam spędziliśmy noc.
Dzień 6 – Dom
Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.
Tym razem już kierowaliśmy się na północ — do Gdańska.
tutaj to już w zasadzie wiało nudą. Całość po płaskim.
Jedyne urozmaicenie — to albo burza/deszcz goniły nas, albo my je goniliśmy.
Wracamy zresetowani, pozytywnie zmęczeni.
I co ważne, a może najważniejsze:
Z nowymi planami na kolejne cele
Podsumowanie
Na koniec małe podsumowanie.
Całość za kierownicą dała około 25 godzin.
Większość bo blisko 85% (tak na oko) to jazda po trasach szybkiego ruchu, autostradach.




































































































































































































































































































































































































