Szybkie sprawdzenie pogody i naszych grafików i zapada decyzja — jedziemy gdzieś?
Przeglądając „dostępne opcje” nic nie bardzo nam pasowało.
Stwierdziliśmy, że jeśli już byśmy gdzieś jechali — to może drugi raz Ustka.
I tak się stało.
Wybór padł znowu na to samo miejsce — Hotel Grand Lubicz.
Basen
Po zameldowaniu poszliśmy na basen. Po poprzednim naszym pobycie zostały do „sprawdzenia” powiedzmy dwie atrakcje: basen solankowy i rura do zjeżdżania.
Basen solankowy … mieliśmy tylko dla siebie — przez jakąś dłuższą chwilę.
Weszliśmy na górę i nie było nikogo poza znudzonym ratownikiem.
Fajne miejsce, ciepła, słona woda (zatarłem oczy i potem wyglądałem jak bym miał kaca od dłuższego czasu).
Po zejściu na dolną część był już normalny basen gdzie popływaliśmy i jacuzzi gdzie sobie chwile czilowaliśmy.
Podczas takiego błogiego leżenia wpadłem na pomysł przetestowania tej rury do zjeżdżania.
Zjazd był mega fajny, choć przez chwilę dziwnie w rurze było — bo nie było żadnego światła — ciemność mnie ogarnęła. Choć nie obyło się bez strat — gdzieś na jakimś zakręcie wyniosło mnie i przywaliłem ręką o ściankę i chyba w tym samym miejscu kostką prawej stropy też grzmotnąłem. Choć przy wylocie z rury był spory gejzer wody. Dopiero później się zorientowałem, że tam jest zegar mierzący czas zjazdu.
Potem w jacuzzi przeszło i przestało boleć.
Kolacja
Hasło — woda wyciąga — miało swoje potwierdzenie dziś po basenie.
Po bardzo fajnym relaksie w strefie basenowej — gdzie nie było dużej ilości rodzin z dzieciakami (chyba większość dopiero jechała bądź miała dojechać do hotelu).
Idąc na kolacje przez korytarz hotelu czuliśmy się trochę jak w Arłamowie.
Jedzenie po raz kolejny nas nie zawiodło — było świeże, duży wybór. Na samej sali restauracji „Fala” było dużo miejsca i nie było hałaśliwej atmosfery — więc mogliśmy w miarę spokojnie zjeść.
Zwieńczeniem kolacji był przegląd czegoś słodkiego.
I tu nasz faworyt — makowiec. Ale nie w formie rolady jak to zawsze jest spotykane, a w wersji ciasta podawane w kostkach.
Był mega smaczny.
Spacer
Po dobrej kolacji wykorzystaliśmy jeszcze koniec dnia na spacer nad morze.
Jednak pogoda nie była zbyt łaskawa — dużo chmur, dość chłodno (mimo że w ciągu dnia w trasie temperatura sięgała nawet +28), to wiatr od morza potęgował uczucie chłodu.
Mimo wszystko jednak, widząc kaczkę siegam po aparat. Pierwsze wrażenie — że obok niej ktoś został worek na śmieci. Jego ruch założyliśmy, że jest od wiejącego wiatru. Dopiero po bliższym podejściu zobaczyliśmy, że to nie worek maluchy.
Delikatnie i powoi zbliżałem się z aparatem, aby nie budzić w nich popłochu, i móc zrobić może jakieś ciekawe zdjęcia.
Z racji dość późnej pory dnia i małej ilości światła coś tam udało się zrobić.
Zdjęcia kończyłem już w delikatnej mżawce. Nie dużej. Malej. Jednak takiej wkurzającej.
Nie chcąc zamoczyć aparatu i obiektywów, spakowaliśmy klamoty i poszliśmy powolnym spacerem „na około” do hotelu.
Wracając do hotelu już powoli planowaliśmy co będziemy robić następnego dnia.
Śniadanie
Można powiedzieć, że mamy już swój ulubiony stolik, swoje ulubione dania na śniadanie.
Czy też coś słodkiego na dopełnienie posiłku.
Na śniadaniu widać już było troszkę więcej gości niż poprzednim razem. No i troszkę więcej dzieci. Te może nie było widać — jednak na pewno słychać. Nie uciążliwie, nawet tak zabawnie.
Podczas śniadania zaczęliśmy planowanie dnia.
Jedne rzeczy bardzo precyzyjnie, inne dość luźno. Nie spinaliśmy się — mieliśmy czas. Nic na siłę. Ma to być reset, a nie wyścig, aby zobaczyć wszystko, co zaplanowaliśmy.
Gdzieś między kawą a makowcem wykrystalizował się już plan tego, co chcemy robić.
Plan dnia
Cały dzień można podzielić na w sumie kilka części:
– plaża zachodnia
– port / obiad / port
– rejs
– basen
– kolacja
– wieczorny spacer
Poniżej kilka słow i trochę zdjęć z tego dnia
Plaża zachodnia
W zasadzie to nie do końca miało być wyjście na tę plażę. Bardziej miało to być przejście przez kładkę na drugą stronę portu i zobaczenia co jest i jak to wygląda z tej drugiej — mniej odwiedzanej strony usteckiego portu.
Czemu?
Od zawsze jak pamiętam, była to strefa przemysłowa — niedostępna i zamknięta część dla turystów.
Likwidacja przedsiębiorstw w tym miejscu, jak i zapewne przeniesienie części wojskowej w inne miejsce „zwolniło” tę część portu.
Budowa obrotowej kładki w późniejszym czasie pozwoliła na sprawniejszy dostęp do tej części portu a zaraz do plaży.
W drodze na plaże przechodzi się obok Bunkrów Blüchera.
Za bunkrami przez las i już jesteśmy na plaży.
Ludzi bardzo mało. Plaża duża, szeroka, czysta, odrobinę kamienista — w taką fajną drobnicę.
Korzystając z ładnej pogody (ta zrobiła potem swoje) w ruch poszedł dron i aparat.
Dronem zabawa jak zawsze jest przednia.
Przy tej ładnej pogodzie swój chrzest i test miał filtr polaryzacyjny.
No zrobił on mega robotę — widać to na zdjęciach i filmach z drona.
Aparatem też. Testowałem dwie nowe rzeczy:
– zestaw filtrów połówkowych
– Telekonwerter AF‑S TC‑14E III
Na pewno muszę znaleźć czas na zabawę filtrami — dają fajny efekt. A można tutaj bardzo dużo uzyskać.
Efekt poniżej.
Nagrałem dwa filmy.
Na pierwszym chciałem uchwycić przesuwające się chmury odbijające się w tafli morza.
Na drugim ujęciu uchwyciłem pracę na barce podczas procesu wydobywania piasku z dna.
Korzystając z ładnej pogody – także i panorama 360 stopni.
Port
Kilka pierwszych zdjęć jest z drogi na plażę zachodnią. Kolejne już robiłem jak wróciliśmy do „cywilizacji”.
W międzyczasie był obiad w restauracji Columbus.
Wybraliśmy placki ziemniaczane po kaszubsku z surówkami oraz lemoniadą.
Wielkość porcji była taka, że najedliśmy się. Z racji chyba godziny, kiedy byliśmy na obiedzie (około 12-13) ilość osób była znikoma a co za tym idzie czas oczekiwania był krótki. Całość świeża, podana w bardzo miły sposób przez obsługę.
Po obiedzie poszliśmy na dalszą część spaceru po porcie.
I także tym razem to, co zobaczyliśmy zapisaliśmy w cyfrowej formie.
Rejs
Już podczas naszego poprzedniego pobytu padł pomysł rejsu. Wtedy jakoś chyba trochę brakło nam na to czasu.
A podczas obiadu wrócił ten pomysł.
Po obiedzie podeszliśmy zorganizować bilety, a następnie przejść się po porcie aż nadejdzie czas wejścia na pokład.
Sam rejs był fajnym doświadczeniem.
Z wody Ustka wygląda inaczej.
A że nie wiało, nie było dużych fal — to cała wycieczka była przyjemnością.
I znowu kilka zdjęć z tego krótkiego rejsu po wschodniej stronie portu.
Basen
Po powrocie z rejsu spacerem poszliśmy do hotelu.
W miarę zgrabnie się ogarnęliśmy i poszliśmy na basen.
Najlepszą rzeczą po dość intensywnym dniu okazało się jacuzzi. Spędziliśmy w nim chyba najwięcej czasu.
Zrobiliśmy też drugie podejście do basenu solankowego. Tym razem było kilka osób. Samo leniwe pływanie przy dźwiękach (jakkolwiek dziwnej) muzyki było relaksujące. Tym razem uważałem, aby nie zatrzeć oczu. Nie nurkowałem (pod wodą mam nawyk otwierania oczu). A kilka kropel, jakie wpadło na twarz niewtarte zostało w oczy. Kilkanaście minut w tym dość dziwnym otoczeniu i zeszliśmy na normalny basen.
Tym razem już było widać większą liczbę gości hotelowych jak, a także dzieci.
I tu miła niespodzianka. Nie było tak, że to irytowało. Nawet nie było uciążliwe.
Cały relaks na basenie trwał około półtorej godziny. I gdyby nie to, że zaczęliśmy robić się po prostu głodni, to byśmy jeszcze tam posiedzieli.
Kolacja
Po basenie szybko się przebraliśmy i z jeszcze mokrymi włosami poszliśmy na kolacje.
I znowu bez rozczarowania, jeśli chodzi o samą jakość jedzenia czy ilość.
Jedynie widać było więcej gości i więcej dzieci.
Cały dzień na nogach, słońce, wiatr, woda i na koniec basen.
To wszystko spowodowało, że jedzenie nam smakowało wybitnie.
Na koniec oczywiście wjechało coś dobrego — makowiec. Był jak poprzedniego dnia — bardzo dobry.
Spacer na wieczór
Na koniec dnia już po kolacji usiadłem do laptopa, aby zgrać zdjęcia z dzisiejszego dnia.
I te z drona, i te z aparatu i te z telefonów naszych.
Przy okazji zerknąłem w kamery internetowe, aby zobaczyć, jak wygląda sytuacja nad wodą — bo za oknem nie wyglądało to ciekawie. Jednak widok z kamery zadziałał jak mały impuls — szybka decyzja — idziemy. Tylko na „lekko”. Wzięliśmy tylko telefony i parasolkę. Tak na wszelki wypadek.
A po dobrej kolacji spacer nam i tak by dobrze zrobił.
Wychodząc na plaże nie zawiedlismy się widokiem.
Jedynie co to trochę żałowałem, że nie zabrałem drona ze sobą.
Małe podsumowanie
Wyjazd udany. I tym razem niestety go odchoruje.
Powodem jest słońce.
Przypiekło mnie ono w czwartek podczas całego naszego dnia na dworze. Jeszcze tego samego dnia po południu już odczuwałem skutki, jakie na mnie „wypaliło” słońce.
Patrząc na to, że był to już nasz drugi pobyt, myślę, że będziemy tu wracać. Raz na jakiś czas.
Z racji, że nie jest to daleko od Gdańska — to szyki jednodniowy wypad czy nawet na weekend — jest w zasięgu.










































































































